Koleś Cichy vel Bruber to w rzeczywistosci uczestnik z wypadu Szlakiem Grąbczewskiego jeśli kojarzysz....
a tymczasem borem lasem bobaki podesłały kolejne telegramy zza Uralu!
więc wedle poprzedniej zasady podklejam. Chyba mają tam całkiem niezłego interneta... czasami... bo i czasem jakie foto dostaję :-)
Czeka nas łączenie... rodzin.
W Erdenet ekspresowa przesiadka do jakiegoś minibusa. Rower Emy elegancko spakowany i po
przeglądzie. Szczególną troskę poświęciłem hamulcom. Hydrauliczne tektro zatem standard.
Dokupiliśmy na bazarze dwa komplety klocków ale zostałem przy starych bo były praktycznie nowe.
Drobna regulacja naprężenia linki tylnej przerzutki miała miejsce jeszcze na dworcu, podobnie
przegląd hamulców.
Przejechałem się rowerem i spokojnie mogłem demontować koła. Zanim jednak w strecz szybki
montaż i finalny demontaż przez Emę.
To ogarnęliśmy na dworcu. W pociągu na przednim kole wymianę dętki i łatanie.
Ema jak wzorowa uczennica. Potem zostałem dziadkiem.
Strzałem w dychę były ekspandory i jeden pas transportowy.
W każdym razie od wysiadki z pociągu, do Murun jechaliśmy już po niecałej pół godzinie. W tym
czasie chłopaki jeszcze spali a naszym zadaniem (znaczy moim) było dotrzeć do BISHRELT HOTEL koło
południa.
Nie pamiętam, jak Ty hulałeś po Mongolii ale droga do Murun wypas. Praktycznie dopiero teraz
podivam okolice. No ładnie jest. W zamierzchłych czasach, kiedy ja zmierzałem do Mongolii (2007) to
krajobraz wyglądał zupełnie inaczej. To jak dwa światy. Jeszcze dzisiaj będę to konfrontował z
ciekawości z doświadczeniami Mario.
Tymczasem Ema opiera się (a może bardziej wtula) o moje ramie i przysypia. Obejmuję ją czule
ramieniem, dłoń opieram o jej ramię i zaczynam się trochę o jej tu przyszłość troskać. Chciałbym mieć
taką zaradną wnuczkę (na moje absolutnie nie narzekam). Nie wiem... mam wrażenie, że to moja
Marysia tylko jużâŚ duża. Zaczyna mi pracować wyobraźnia... jak ona sobie 'tam" poradzi...? Bardziej
myślę o niej niż o tym, co mnie czeka.
STOP. Przestań się martwić! Dziewczyna sobie poradzi i już! Żadnych złych emocji. W końcu
zmierzamy do serca mongolskiego szamaństwa. Znaczy ja. Tu każdy detal ma znaczenie. Pewnych
rzeczy nie wolno robić, myśleć... Będzie dobrze, bo jest dobrze i już.
Kurde molek. Czuję emocje w powietrzu

Docieramy do hotelu. Nie muszę szukać chłopaków. Grasują przy toyocie LC 100 zaparkowanej przed
frontem. Prowadzę (złożony przez Emę) rower lewą ręką, prawą trzymam lewą Emy. W końcu Cichy
podnosi wzrok... Zaraz potem Mario. Nie potrafię opisać ich miny.
- Dziadku, czy to Robert i Mario, twoi przyjaciele?
Tak kochanie. To jest Robert - kierownik ds kierowania kółkiem a to Mario, z-ca kierownika. Ema po
kolei obejmuje każdego i daje buziaka w policzek.
Teraz kolej na mnie. Solidne niedźwiedzie i spontaniczna radość.
Wszystkiego się spodziewali, nie do końca wierzyli, że dojadę, że...
- Elwood... Aaaa... Cichy macha ręka. Chodźmy na browara!
Mario patrzy na mnie... Ema na nas. Jej uśmiech, jak ten z frankfurckiej sali odpraw, budzący mocno
pozytywne emocje - robi swoje.
Obejmuje mnie ramieniem, przytula się do mnie i strasznie rozbrajająco pyta:
- Zabierzecie mnie se sobą...?
Mario z Cichym niemi jak traperzy, którzy dotarli do swojego Klondike tylkoâŚ
Temu wszystkiemu przygląda się jakiś emerytowany starszy pan. Podchodzi do mnie, przedstawia się.
Cały obwieszony medalami jak ruski weteran wojny ojczyźnianej. Jeszcze szkoła radziecka. Zwraca się
do mnie:
- Paliak? Gawarisz pa ruski?
Siadamy na chwilę w hotelowej restauracji, zamawiamy po piwie. Jeszcze tylko kwestia pozwoleń ale
to formalność.
Wczesnym popołudniem ruszamy do Guransajchan.
Jak się ogarnę, to podeślę Ci kilka zdjęć. O publicity nie musimy sią martwić. Dosiadł się do nas
gwiazdor... mongolskiego bakpakerskiego jutuba. Cichy ma namiary, później podam. Mamy z nim
sefie z trasy, będziemy sławni. Ale o tym w kolejnym odcinku.