W dniu moich urodzin mam dwa życzenia.
Fazik, piszesz tu o swoich marzeniach. O domu, rodzinie, podróżach tych małych, tych dużych i przede wszystkim o tych, których moc jest przed Tobą.
O tym. O niczym więcej.
Masz proroczy wątek ze starymi afrykami, które nie wjadą do miast. Tam masz znakomite pole i okazję, by pokazać mu czemu zmierza świat nakazów i zakazów realizowanych w imię chorych idei.
Ten wątek jest bardziej osobisty, refleksyjny. Czasami ktoś rzyganie, bo wirus żołądkowy czy opryszczki towarzyszy nam przez całe życie.
Nie chcę tu żadnej napierdala mi poza "biciem samego siebie".
To jest niewiarygodne jakiej tu od maja zeszłego roku doświadczyłem rewolucji. Przy tym ktoś w końcu zauważył, że jestem ekstrawertykiem z chujową manierá, której się sukcesywnie wyzbywam. Oczywista emocje jeszcze biorą górę ale wolę je przekierować na realizację... marzeń.
Znamy się jak łyse konie. Napisałem tu przy okazji, że lubię się z Tobą kłócić ale to nie prawda. Wcale nie lubię... Kocham

Dzięki tym kłótniom robię jednak też mały kroczek do przodu . Np. już na zawsze zostaniesz dla mnie Panem Inżynierem.
Zobacz jaki w tych dwóch słowach drzemie potencjał.
Tyle inżynierów pcha się przez globus PL a tylko Pan Inżynier nie chce. Ja to szanuję.
A poważnie, to do arbo się zwracam.
Idź stąd w pizdu. Nie zamierzam odbudowywać z Tobą żadnych relacji. Dla mnie jesteś wzorem na dupie.
Od mojego ostatniego wpisu na Pamir26 niczego już nie czytam na forum. Na pewno nie Ciebie.
Chomik Ciebie elegancko uświadomił w swoim wątku, do czego i komu jesteś potrzebny.
Zacytuję Cejrowskiego WON z mego globusa - tego Podwórza.
Infekuje sobie innych wiadomościami prywatnymi.
Co że mną?
Właśnie kończę 63 lata. Mój Kochany Strażnik Domowy starzeję się równi że mną. Dzisiaj przyjeżdżają do nas wnuki.
Będzie zjeżdżanie na sankach, wieczorne podchody i najciemniejszym zakątku podwórza postawię globus na wyimaginowanej orbicie i będę słońcem w naszym układzie. Dzieci ustawię na ich orbitach. Marysia będzie Wenus, a Kacper Jowiszem
Mikołaj będzie księżycem.
Takie są moje plany urodzinowe.
Wpadnę tu 10 kwietnia. Mam nadzieję, że z dobrymi dla mnie wieściami, bo walka o honor i Podwórze ciągle się toczy.
Globusa pl nie naprawię. Siebie mogę i konsekwentnie próbuję.
https://www.facebook.com/share/r/1CjGNjjELy/
P.S.
Z eteru amerykańskiego netu/AI(?).
Nie chce mi sięweryfikowac.
Noc, gdy jedna kobieta ocaliła 79 motocyklistów
Miała 68 lat.
Eleanor Briggs całe swoje życie spędziła w małym miasteczku Hollister w stanie Missouri.
O 16:47 niebo zrobiło się zielone.
Od razu wiedziała, co to oznacza. Ten kolor widziała w życiu tylko dwa razy. Po raz pierwszy w dzieciństwie, gdy tornado zniszczyło rodzinną stodołę. Po raz drugi, wiele lat później, gdy żywioł odebrał jej męża. Zielone niebo nigdy nie zapowiadało deszczu. Zapowiadało niebezpieczeństwo.
Syreny wyły już od dłuższego czasu, gdy Eleanor zauważyła światła na drodze.
To nie były samochody.
To były motocykle.
Dziesiątki motocyklistów z trudem poruszały się drogą nr 76, walcząc z wiatrem, który unosił kurz, gałęzie i fragmenty dachów. Zatrzymywali się, wahali, rozglądali, szukali schronienia, którego po prostu nie było.
Gospodarstwo Eleanor stało samotnie pośród pól.
Zobaczyła, jak jeden z motocyklistów upadł. Widziała, jak dwóch innych pomogło mu wstać, gdy niebo stawało się coraz ciemniejsze. I wtedy zrozumiała coś bardzo prostego: jeśli nie znajdą schronienia natychmiast, nie przeżyją tej burzy.
Eleanor z całej siły zadzwoniła w ciężki, żelazny dzwon na ganku i wskazała na stodołę.
Nie padło ani jedno pytanie.
Siedemdziesiąt dziewięć motocykli wjechało na jej posesję.
Poprowadziła ich do betonowej piwnicy pod stodołą - edynego miejsca, które mogło wytrzymać tornado. Drzwi zamknęły się dokładnie w chwili, gdy nad nimi przeszedł ryk wiatru.
Przez długie, niekończące się minuty ziemia drżała, a konstrukcja jęczała.
Gdy wszystko ucichło, Eleanor przyniosła gorącą kawę i koce.
Jeden z mężczyzn zauważył fotografię wiszącą na ścianie: mechanik stojący obok starego motocykla.
- Kto to? Zapytał.
Mój mąż - odpowiedziała. Zmarł wiele lat temu.
Mężczyzna rozpoznał nazwę warsztatu. Opowiedział historię, której Eleanor nigdy wcześniej nie słyszała: dekady temu jej mąż pomógł rannym motocyklistom, gdy nikt inny nie chciał tego zrobić. Jednemu z nich uratował nogę przed amputacją.
Burza minęła.
Stodoła była uszkodzona. Dom również.
Eleanor nie miała ubezpieczenia.
Pięć dni później znów usłyszała dźwięk silników.
Tym razem nie było ich siedemdziesięciu dziewięciu.
Były setki.
Trzystu motocyklistów przyjechało z ciężarówkami, narzędziami, drewnem, materiałami budowlanymi i pieniędzmi zebranymi przez klub. Naprawili dach. Odbudowali stodołę. Pomalowali dom. Postawili na nowo ogrodzenia.
Przed odjazdem zostawili jej pieniądze na podatki i leczenie.
- Twój mąż pomógł nam, gdy nikt inny tego nie zrobił - powiedzieli. â A ty uratowałaś nam życie. My tylko spłacamy dług.
Od tamtej pory Eleanor nigdy nie była już sama na tej drodze.
Czasem w niedzielę przed jej gospodarstwem zatrzymuje się motocykl.
Nie z konieczności.
Po prostu, żeby zapytać, czy ma ochotę na kawę.
Konkluzja?
Fajna bajka.
Idealna dla dzieci.
Na kolejne dobranoc opowiem ją wnukom.