Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 19.07.2017, 17:22   #25
Emek
I CAN'T KEEP CALM I'M FROM POLAND KU_WA Słońce do 04.09.24
 
Emek's Avatar

Zapłaciłem składkę :) Dział PiD

Zarejestrowany: Aug 2015
Miasto: Scyzortown
Posty: 10,790
Motocykl: No Afrika anymore
Emek jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 rok 6 miesiące 3 godz 38 min 46 s
Domyślnie

14 maja - niedziela

Wstaję po piątej, przespałem raptem niecałe 3 godziny. Idę na dół zobaczyć czy knajpa działa. Ni chu chu. Od 9 dopiero coś będą gotować. Dopytuję gdzie najbliższy sklep. Blisko, 5 km w stronę Charkowa. Jadę, kupić coś do żarcia bo mam okropną ssawę. Na szczęście sklep jest i działa. Kupuję chleb, picie i coś na śniadanko. Wracam do mojej nory i szykuję sobie śniadanie. Nerwy mnie trzymają, nie mogę nic przełknąć. Jest ciężko. Zmuszam się do zjedzenia ryby w puszcze i zabieram się za telefon coby ustalić plan działania. Jednak orientuję się, że w PL jest niedziela i do tego godzinę wcześniej czyli ok 6. Kuwa, muszę czekać. Czekanie nie jest moją mocną stroną.

W końcu rozmawiam z Martą i ustalamy plan na ogarnięcie tematu. Decydujemy się działać dwutorowo. Marta ogarnia sprawy w PL a ja lecę do Charkowa. Spróbuję znaleźć punkt ksero i może z lekkimi przeróbkami tych kwitów, które mam uda się komuś ogarnąć stworzenie nowych - prawidłowych. W międzyczasie rozmawiam z chłopakami, którzy wspominają o ambasadzie. Kurcze no przecież to prosta sprawa myślę. Po co mam kombinować skoro napiszę sobie te kwity sam w ambasadzie poprawnie, oni sprawdzą w naszych rejestrach, że ja to ja i podbiją pieczątkę., że konsulat to potwierdza. No nic prostszego. Taki wariant nie może się nie udać. Chyba po to taka instytucja istnieje żeby pomagać swoim obywatelom na obczyźnie.

Dzwonię do konsulatu. Jest kilka numerów, żaden nie odpowiada. Namierzam konsulat i jadę. Tutaj i tak nic nie zdziałam. Walę do Charkowa, to bliziutko raptem 25 minut a konsulat fajnie położony i dojazd dobry. Zatrzymuję się pod wskazanym adresem. Stoi 2 ukraińskich żołnierzy więc pytam czy polski konsulat tutaj. No tutaj, wskazują mi drzwi w kamienicy. Dzwonię. Nic się nie dzieje ale po chwili drzwi się otwierają i pojawia się w nich kobieta. Pytam czy Polka. Tak. Pomału i rzeczowo zeznaję w czym mam problem, jak widzę jego rozwiązanie i czy jest to do załatwienia. Pani mówi, że konsula nie ma, będzie dopiero jutro ale zadzwoni jak taka ważna sprawa i zapyta jakie są opcje. OK. Czekam w korytarzu na dole, podczas gdy kobitka poszła na górę ale słyszę jak rozmawia przez telefon. W końcu złazi na dół, dopytuje o kilka szczegółów.
Wykładam jak krowie na granicy po raz kolejny. Zrozumiała. Przekazuje mi informacje, że konsul kazał się w tej sprawie skonsultować z konsulem prawnym (cokolwiek to znaczy). Pani znów rozmawia i w końcu po kilkunastu minutach wraca do mnie i mówi, że konsulat nie jest od takich rzeczy. Całkowicie również zmieniła ton wypowiedzi. Nie rozmawia już ze mną jak człowiek z człowiekiem tylko jak urzędnik z człowiekiem recytując formułę, którą prawdopodobnie wskazał jej konsul prawny. Na każde moje pytanie o cokolwiek zaczyna tą swoją recytację na nowo. Łapę lekkiego a następnie większego nerwa i w końcu nie wytrzymuję jak zaczyna mi jechać że jestem na terenie objętym działaniami wojennymi i powinienem się zgłosić do jakiegoś Omnibusa czy innej aplikacji. A w ogóle to konsulat pomaga w stanie zagrożenia życia i zdrowia a tutaj nie mamy do czynienia z taką sytuacją.
Mówię jej żeby nie mówiła do mnie w ten sposób gdyż nie jestem szympansem, przyszedłem tutaj w dobrej wierze bo liczyłem że konsulat mi pomoże więc proszę mi powiedzieć po ludzku jak człowiekowi czy Pani zdaniem warto abym dalej marnował czas mój i Pani i da się to u was załatwić czy ni chuja. Zmiękła i zeznaje że na jej oko ni chuja. Grzecznie podziękowałem i poprosiłem o wskazanie jakiegoś lokalu blisko gdzie mógłbym net złapać. Okazuje się że 20 metrów obok jest hotel Aurora i tam jest net. OK. Wpadam do Aurory , zamawiam kawę loguję się szybko do sieci i ustalam z Martą strategię. Jest wcześnie ok. 10. Nie znoszę bezczynności ale już wiem, że moi przyjaciele poruszyli niebo i ziemię (dziękuję wam z całego serca), ściągają z łóżka rejenta w niedzielę i Marta jest umówiona na 12.00 na spotkanie w celu załatwienia prawidłowych kwitów.

Ja jednak bezczynnie siedzieć nie mogę więc ustalam z recepcjonistą hotelu gdzie tu mają jakiś punkt xero, drukarnię cokolwiek co robi w niedzielę. Jestem zaskoczony bo całodobowych punktów Xero, gdzie można wywołać foty, wydrukować wielki format w kolorze laserem jest w mieście kilka. Wybieram ten najbliższy i proszę gościa na recepcji coby zadzwonił i potwierdził że na pewno pracują. Potwierdza, daje mi adres i instrukcje jak tam dotrzeć. W sumie to bardzo blisko więc jadę. Zagadam czy są w stanie załatwić to jak należy.

Bez problemu znajduję punkt leżący blisko centrum. Widzę starszą kobietę i młodego chłopaka. Wybieram gościa, pokazuję mu „złe” kwity pytam czy jak przyślą mi nowe to mi wydrukuje tak zajebiście że nikt się nie skapnie że to kopia a nie oryginał. Mówi że się zrobi , informując mnie jednocześnie, że jak mi wygodniej to po angielsku też mówi tak że jak mi pasi (mruga przy tym do mnie porozumiewawczo). Uprzedza że nie stworzy żadnych pieczątek ani innych „układanek” z różnych dokumentów. OK stary odbijesz mi tu tutaj a to tutaj. Lipy nie ma. OK? Nie ma problemu. Wychodzę na fajkę, to jeszcze potrwa. Za jakiś czas dołącza do mnie gość z xero, jaramy razem i mówi że jak trzeba to wszystko się załatwi ale on tu pracuje i w robocie nie wszystko może stąd dał znać coby po angielsku z nim gadać. Już wiem że się dogadamy, w końcu pozytywne wieści.

Cały czas wiszę na telefonie, dodatkowe ustalenia co do treści dokumentu itp. W końcu dziewczyny załatwiają sprawy z rejentem a ja z niecierpliwością czekam aż kwity będą u mnie na meilu. W końcu są. Przesyłam bezpośrednio do gościa od xero i proszę o próbny wydruk tak aby zweryfikować jak to wychodzi. Jest malinowo, gościu się postarał i stuningował lekko dokument tak że naprawdę trudno odróżnić oryginał od kopii. Walę w kilku egzemplarzach i zapierdzielam biegusiem na bazę po bety. Pół godzinki i jestem na miejscu. Od razu łapie mnie kobita z recepcji i napier@#la że nie opuściłem pokoju do 12 i muszę zapłacić za kolejną dobę. Nie ma wyjścia, płacę z zastrzeżeniem że jak się nie uda i mnie cofną to wracam tu na nocleg i ni uja więcej nie zapłacę. OK.

Naprędce pakuję toboły, czas ucieka, chłopaki gonią a ja jestem w doopie. Gaz do dechy i stawiam się na granicy. Postanawiam palić Jana że ni cholery nic nie kumam. Podjeżdżam , dostaję taloncik i dalej do kontroli paszportowej. Tym razem od razu kobitka z piorunami w oczach prosi mnie o upoważnienie. Nawet dobrze, od razu sprawdzimy moje wydruki. Bierze, obczaja i od razu wbija pieczątki. Jest dobrze, bardzo dobrze.
Potem tamożnia. Też gładko i już jestem po stronie rosyjskiej.

Jest pusto. Wczoraj dzikie tłumy a dziś puściutko. Podbijam do kontroli paszportowej, Rosjanka bierze paszport i od razu dzwoni. Kuwa. Przeyebane.
Za chwilę przychodzi celnik po cywilnemu na przesłuchanie. Ta sama bajka co wczoraj - kuda, otkuda, gdzie rabotajesz, gdzie żyjesz …..

Bardzo miło i przyjemnie, bez stresu. Pogadaliśmy sobie. Bardzo sympatyczny młody człowiek. Zabiera mój paszport i załatwia pieczątki z dziewczyną. Lecę na odprawę celną, wypełniam wriemiennyj wwoz, i lecę do celniczki. Ta bierze kwity, rzuca okiem w paszport, patrzy na mnie i pyta : A czemu masz wjazd wczoraj anulowany? Kuwa mać! Serce wali. Już nie palę Jana tylko mówię jak było. Dokumenty miałem złe i musiałem się cofnąć do Charkowa do hotelu i teraz wracam. Patrzy w kwity i w końcu mówi, dokumenty w porządku Ja was afarmlju. Kamień spadł z serca ale nie mogę się uspokoić, coś tam pisze i w końcu znów otwiera okienko.

- A czy to aby nie kopia? - pyta wskazując na upoważnienie.
- Oryginał - dziś właśnie odebrałem z ambasady
- No to w porządku. A gdzie decyzja odmowna z wczoraj?
- Jaka decyzja?
- Wriemiennyj wwoz z odmową wjazdu. Wczoraj taki dostałeś. Muszę mieć go z powrotem. Bez tego cię nie odprawię.
- Ja pier….. Kuwa. Wyrzuciłem chyba. FUCK!

Serca mi wali jak oszalałe. Nerwowo przeszukuję wszystkie kwity jakie mam upchane po kieszeniach. W końcu znajduję pogniecioną kartkę, wśród kupy kwitów, które zgarnąłem i poupychałem po kieszeniach opuszczając moją norę.
Co za ulga że nie wywaliłem.
- Wsio w pariadke, ażydajcie. Eto oficjalnyj dokument, nada w paszport schować i mieć do kontroli a nie pognieciony w kieszeni trzymać.

UFFFF!!!! Już wiem że wjadę, czekam na kwity i ustalam z chłopakami gdzie są i dzwonię do Marty że się udało.
Dokumenty oddane, JESTEM W ROSJI!!!!

Okazuje się że chłopcy dostali ścianą deszczu i akurat zjechali na nocleg do Pawłowska. Szybka kontrola - kuwa około 400 km, dochodzi 17. Łatwo nie będzie, nie pada ale czarne chmury nad powiatem wiszą i deszcz to kwestia czasu. Jadę kilka kilometrów w kierunku Biełgorodu. Staję na stacji Rosneftu zatankować i spożyć nieco energii. Od 7 jestem bez żarcia. Jakoś adrenalina mnie trzymała , powoli puszcza i czuję się osłabiony.
Cukier! Batony zapijam kolą na stacji. Pytam gościa od obsługi dystrybutorów jak najlepiej na Pawłowsk. Starszy Pan tłumaczy ale niewiele do mnie dociera. Daję mu kartkę - narysuj. Skrupulatnie rozrysowuje mi trasę, zjazdy z rond itp. Okazało się to bardzo pomocne i zaoszczędziłem w ciul czasu bo chłopaki pognały przez Woroneż gdzie stracili kupę czasu. W końcu postanawiam ruszyć, jeszcze tylko fajka i ogień, mam kawał drogi i mało czasu. Po ciemku przyjdzie mi jechać a po ciemku nie widzę, znaczy widzę ale źle.

Paląc dopada mnie refleksja nad własną głupotą i życzliwością ludzi, którzy mi pomagali. Łzy same cisną się do oczu. Wspaniałe uczucie kiedy x kilometrów od domu masz świadomość, że ktoś bezinteresownie staje na głowie aby zrobić wszystko żeby ci pomóc. Brak mi słów.

W każdym razie Marta, Aneta, Agnieszka, Magda, Rafał - jesteście wielcy.

W końcu wsiadam na moto i gonię. Moja nawigacja już od jakiegoś czasu szwankuje, nie pokazuje trasy albo nie chce jej wznaczyć, albo po prostu się wyłącza. W końcu zdycha. Nie mam jak nawigować, nie mam też mapy. OK. Kieruję się na Rososz wedle kartki, którą napisał mi dziadek na stacji. Ronda. 1,2,3,4 w końcu wylatuję na trasę. Po kilkudziesięciu kilometrach mam wątpliwości czy jadę dobrze. Staję, odpalam maps me w fonie. Hmmm.

Niby dobrze, wyznaczam trasę na Rososz ale maps me prowadzi mnie w krzaki. Wracam. Zgubiłem się, musiałem coś przeoczyć. W końcu w akcie desperacji zatrzymuję samochód. Mówię Rosjaninowi gdzie chcę jechać a tem włącza swoje navi i sprawdzamy. Faktycznie przegapiłem zjazd muszę się wrócić jakieś 12 km. OK. Dziękuję i gonię ile fabryka dała. Teraz już z górki. Tu się nie pogubię, zaczyna padać a następnie lać.
Wiatr spycha mnie raz w lewo, raz w prawo. Masakra. Zastanawiam się czy nie zjechać i poczekać do jutra. Jestem głodny i wykończony. Nie ma bata - dojadę. Spinam zwieracze i zapierniczam . Czasem deszcz odpuszcza na chwilę, powoli zapada zmrok. Gonię jak wściekły uświadamiając sobie, że samotnie kilometry nawija się jakby szybciej. Warunki trudne, roboty drogowe, jadę powoli w błocie. Kałuże, ciężarówki, szuter - masakra. Pogoda nie pomaga. W końcu mijam ten rozpiździec i leci się trochę lepiej, deszcz siąpi a nie leje. Muszę się zatrzymać, Afra woła jedzenia. Zrobiłem ze 300 km.
Kurcze, robi się ciemno. Tankuję i palę faję. Jeszcze jedna cola, nie ma czasu na jedzenie. Zapierdzielam dalej. W końcu dojeżdżam do Rososz. Zatrzymuję się i odpalam navi w telefonie coby sprawdzić jak jeszcze mam daleko. Jest już całkiem ciemno, deszcz nie odpuszcza.

77 km - co najmniej godzina. Jak się nie pogorszy to dam radę.

Piszę sms do chłopaków coby browar załatwili i coś do żarcia bo lecę na oparach. Ruszam, rozwidlenie, nie wiem dokąd jechać. Jest stacja, lepiej zapytać. Nie mam czasu i zbyt wiele energii na błądzenie. Padam z nóg, długo już nie pociągnę. Jestem na nogach prawie 30 godzin w tym 2,5 lichego snu do tego stres.
Gość ze stacji dokładnie tłumaczy mi jak mam jechać. Gonię. Początek nawet niezły. Widzę ogromny oświetlony kombinat cementowy. Mijam go, zakręt - jeden, drugi, trzeci. Potem ciemność, totalna. Nic nie widać, ściana deszczu i mgła. Momentami się poprawia ale tempa nie da się utrzymać. Ledwo zipię. Mam obawy coby nie wyjechać poza trasę. Widoczność może 5 metrów, prawie nie da się jechać. W końcu trochę lepiej ale na krótko. Nie mam pewności czy nie zgubiłem drogi. Żadnych zabudowań, żadnych świateł - nic. Pustka. Telefon zdycha. Staję na poboczu włączam awaryjne, choć tu i tak kompletnie nic nie jeździ, żywego ducha. Silent Hill kuwa.
W końcu znajduję power bank, podpinam, czekam. Zagadał. Kontrola i jest OK. Jestem na trasie. Jeszcze 20 km do głównej drogi na Rostów, potem w prawo i do Pawłowska już parę kilosów.

W końcu docieram do trasy. Jadę, mnóstwo tirów, deszcz jednak ciut zelżał ale tiry oblewają mnie wodą z kolein jak szmatę. Wszystko mokre. W końcu jest. Pawłowsk. Baza noclegowa tirowców. Zjeżdżam na pobocze, nie zadzwonię do chłopaków gdzie ich szukać bo bateria zdechła a power bank empty.
Ledwo się zatrzymałem podbija do mnie kobieta i mówi, że koledzy są w hotelu. Którym? Gdzie? Tutaj, wjeżdżaj w bramę. Zjeżdżam chłopaki wspominały o różowym płocie. No jest tylko wewnątrz podwórka , z drogi go nie widać ;-)).
Są motocykle, jestem. Dotarłem. Udało się.Podjeżdżam pod same drzwi podczas gdy chłopaki postawiły swoje sprzęty na parkingu. Nie mam ochoty dłużej moknąć.

Wbijam się na bazę, jestem szczęśliwy. Raz że udało się wjechać do Rosji, dwa, że udało się dojechać do chłopaków w całości i trzy , że widzę te ich paskudne, uśmiechnięte ryje ;-). Jest super.
No może nie super ale nieźle bo zostawić ich na jeden dzionek samych to od razu dramat. Browar co prawda kupili (ale ciepły) a w pokoju nie ma okna ani wentylacji. Wszystko ukiszone, przemoczone do suchej nitki. Cóż damy radę. Najważniejsze że znów jesteśmy w komplecie. 2 piwerka, kabanos, ciuchy do suszenia, telefon do przyjaciela i spać. Jutro będzie lepiej. Naprawdę? Hmmm
Emek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem